Kibice kongijscy ubrani w barwy narodowe świętują remis DR Konga z Portugalią na ulicy w Bunia, w prowincji Ituri. (zdjęcie AFP)
BUNIA: Pierwszy w historii punkt Demokratycznej Republiki Konga na mistrzostwach świata, zdobyty w środę, dał rodakom w Bunia – epicentrum epidemii Eboli – rzadką okazję do świętowania.
Gol Yoane'a Wissy w Houston – również pierwszy w krótkich dziejach tego kraju na mundialu – zapewnił punkt w meczu z gwiazdorską Portugalią, w której skład wchodził wszech czasów wielki Cristiano Ronaldo.
Francuski trener DR Konga Sebastien Desabre powiedział, że jest dumny ze swoich zawodników „bo reprezentowali Kongo w bardzo pozytywny sposób i cały kraj na to zasługuje".
Było to wyraźnie odczuwalne w Bunia, stolicy prowincji Ituri na północnym wschodzie kraju, która najbardziej odczuła skutki 17. wybuchu epidemii gorączki krwotocznej w DR Konga.
Wirus zainfekował 837 osób i spowodował 196 zgonów w DR Kongo i Ugandzie, według najnowszych oficjalnych danych.
W Bunia odnotowano 215 potwierdzonych przypadków, choć możliwości testowania są ograniczone.
Oglądanie mistrzostw świata na nielicznych działających telewizorach dawało tam pewne wytchnienie.
Gol Wissy, który gra w angielskiej Premier League dla Newcastle, wywołał sceny niezmąconej radości.
Młodzi ludzie skakali z uniesionymi rękami i rozpromienionymi twarzami, świętując na ulicach przed sklepami obłożonymi blachą falistą.
Kakofoniczny hałas zagłuszał ich wiwaty, podczas gdy inni wykonywali bączki na motocyklach.
Bary pękały w szwach – mimo decyzji władz pod koniec maja o ograniczeniu zgromadzeń do 50 osób w celu powstrzymania rozprzestrzeniania się Eboli.
„To zaszczyt kibicować mojemu krajowi" – powiedziała AFP Antoinette Makasi, która była zachwycona, że znalazła bar z telewizorem.
Makasi dodała jednak, że niepokoił ją brak dystansu społecznego i zaprzysięgła, że po powrocie do domu „na pewno się zdezynfekuję".
Bar, w którym się znajdowała, eksplodował gdy Wissa strzelił gola – wszyscy klienci wstali i krzyczeli jednym głosem w pokoju oświetlonym jedną żarówką.
Cokolwiek wydarzy się w dalszej części turnieju, ta drużyna pogrzebała duchy swoich poprzedników z 1974 roku, którzy reprezentowali Zair – jak kraj ten wówczas się nazywał – i wrócili do domu bez punktu, tracąc 14 bramek.
'Jestem wściekły'
Jednak ponura atmosfera w barze odzwierciedla stan prowincji.
Ituri jest jednym z najbardziej niestabilnych regionów DRK, gdzie grupy zbrojne kształtują codzienne życie. Rebelianci powiązani z Państwem Islamskim i lokalne milicje przeprowadzają częste ataki.
„Potrzebujemy chwil, które przyniosą nam trochę szczęścia i pozwolą nam choć na moment zapomnieć o stracie naszych braci i sióstr" – powiedział AFP Heritier Kimbimbi z flagą narodową zarzuconą na ramiona.
Jednak nie wszystko było radością i światłem przed meczem.
Około stu młodych ludzi z barwami DRK namalowanymi na policzkach i w koszulkach reprezentacji zebrało się wokół gigantycznego ekranu ustawionego na rondzie w centrum miasta.
Jednak przyszli tam na próżno, gdyż ekran pozostał czarny.
„Przez cały dzień i każdego dnia emitują reklamy o Eboli, ale na mecz wyłączają duży ekran" – powiedział rozgniewany Heritier Dubo.
„Jestem wściekły" – powiedział taksówkarz Claude Maniwa. „Wielu z nas nie ma telewizora, a poza tym są ciągłe problemy z prądem.
„Władze nas zawiodły" – dodał, grożąc rozbiciem ekranu.
Na szczęście napięcie opadło, a młodzi ludzie wsiedli na taksówki motocyklowe, by znaleźć sklep lub restaurację, gdzie można było obejrzeć mecz.
Okazało się, że był to koszt wart poniesienia w rzadki wieczór dobrych wiadomości dla kraju.